Po 2,5 godziny z NTE: Neverness to Everness mam z tą grą jeden duży problem:
Widzę budżet i dopracowanie, ale nie czuję frajdy.
To free-to-play supernatural urban open-world RPG od Hotta Studio, z bardzo wyraźną anime-gachową tożsamością. Wersja na Steamie wyszła 7 lipca, chociaż gra wcześniej pojawiła się już na mobilkach i innych platformach, i to DNA czuć praktycznie od razu.
Miasto wygląda dobrze. Prezentacja jest efektowna. W menu leci spokojne lo-fi. Walka potrafi wyglądać widowiskowo. Przełączanie postaci w trakcie starć działa płynnie i przez kilka minut daje taki szybki dopaminowy strzał w stylu: „okej, może to za chwilę kliknie”.

Ale potem NTE zaczyna rzucać w ciebie wszystkim naraz.
Waluty. Rozwój postaci. Limity poziomów. Gwiazdki. Cartridge. Perki. Outfity. Relacje z postaciami. Sklepy premium. Rollowanie. Codzienne aktywności. Losowe nagrody. Mobilkowe warstwy progresji nałożone na kolejne mobilkowe warstwy progresji.

I żeby było jasne: ja nie jestem automatycznie przeciwko temu.
Rozumiem gry gacha, mobilkowy grind. Rozumiem, dlaczego gry free-to-play i pay-to-win albo prawie pay-to-win zarabiają na postaciach, strojach, ulepszeniach, walutach i wygodzie. Czasem sam lubię takie pętle. Jest w tym nawet takie moje wewnętrzne wyzwanie: zobaczyć, jak daleko da się zajść bez wydawania pieniędzy i czy da się w jakikolwiek sposób konkurować z ludźmi, którzy pakują w grę kasę.
Problem NTE jest inny.
Na początku nie ma satysfakcjonującego wyzwania. Jest tylko szok informacyjny.
Gra zalewa cię systemami prawie od startu, ale samo granie jest dziwnie wolne i nudne. Bieganie po mapie jest powolne. Chodzenie po ścianach i poruszanie się po budynkach brzmi fajnie, ale w praktyce też jest ślimacze. Interakcje poboczne istnieją, ale nie sprawiły, że miasto zaczęło mnie bardziej ciekawić. Nawet gdy szedłem na seans filmowy z jedną z postaci, dotarcie tam było obowiązkiem, bo musiałem przez długi czas ciągnąć się przez miasto, zanim szybka podróż zaczęła mieć sens.

I tu NTE mnie straciło.
Gachowy grind może działać, jeśli samo granie z minuty na minutę wciąga. Genshin Impact miał to „coś” na starcie. Może ta formuła części graczy już się ograła, może stała się znajoma, ale tam było poczucie odkrywania, rytm i urok.
NTE mocno inspiruje się tym kierunkiem, ale nie dało mi podobnego powodu, żeby zostać.
Walka jest prawdopodobnie najmocniejszym elementem gry. Jest czytelna, efektowna i całkiem przyjemna, szczególnie dzięki przełączaniu postaci i kombinacyjnemu flow. Tyle że na początku przeciwnicy prawie nie stanowią zagrożenia. Walczyłem z anomaliami powyżej mojego poziomu i dalej nie miałem większego problemu. Może później robi się trudniej, ale jeśli ceną dotarcia do lepszej części jest przebijanie się przez godziny głównego questa, powolne poruszanie się i ciągłe tłumaczenie kolejnych systemów, to ja odpadam.

Fabuła też nie pomogła.
Jest tu dużo supernatural anime hałasu: anomalie, wymiary, specjalne oddziały, kosmicznie wyglądający przeciwnicy, tajemnica, dramatyczne przedstawienia i postacie oparte na bardzo rozpoznawalnych anime archetypach. Część wygląda okej. Część bardzo wyraźnie ma sprzedać ci obsadę. Ale dialogi i tempo questów sprawiały, że chciałem wszystko przeklikać, a nawet samo przeklikiwanie było irytujące.

Wersja Steam wystartowała też z komunikatem, że część angielskich tekstów nie jest jeszcze w pełni przetłumaczona, co może być realnym problemem w grze już i tak przeładowanej menu, systemami i wyjaśnieniami. Do tego dochodzi obowiązkowe logowanie przez konto i kernel-level anti-cheat na PC, więc to nie jest najlżejsze pierwsze wrażenie dla kogoś, kto po prostu chce sprawdzić nowe open-world RPG.
Najbardziej frustruje mnie to, że NTE nie wygląda tanio ani leniwie.

Ono wygląda drogo. W wielu miejscach wygląda dopracowanie. Jest masa aktywności, systemów, animacji, sklepów, ścieżek progresji, małych interakcji w mieście i funkcji związanych z postaciami. Widać pracę i ambicję. Widać też maszynę monetyzacji, która czeka za prawie każdą warstwą gry.
Ale to wszystko traci znaczenie, jeśli pierwsze godziny są nudne.
Dla fanów anime gacha, mobilkowej progresji i kolekcjonowania postaci może jest tu coś wartego sprawdzenia. Może późniejsza zawartość się otwiera, poziom trudności rośnie. Może miasto staje się przyjemniejsze, gdy odblokuje się więcej narzędzi i punktów szybkiej podróży.
Dla mnie, po 2,5 godziny, NTE było grą zbudowaną z checklisty rzeczy, które działają w innych popularnych gachach, ale bez iskry, która sprawia, że grind wydaje się wart czasu.
To nie jest zepsute czy brzydkie.
To nie jest nawet puste.
To po prostu męczy, zanim zaczyna ekscytować.
4/10
