Po 26,5 godzinach spędzonych z Assassin’s Creed Black Flag Resynced ukończyłem 54% głównej historii. Obecnie zmierzam do misji „Nie ma co się pieścić”, ale zobaczyłem już wystarczająco dużo świata, walki, progresji i systemów morskich, żeby wyrobić sobie jasną opinię.
Moja ocena zmieniała się po drodze kilka razy.
Po pierwszych godzinach ostrożnie dawałem grze 7/10. Później powtarzające się frustracje związane z walką i problemy techniczne obniżyły ją do 6/10. Teraz wracam do 7/10.
Wady nie zniknęły. Po prostu uświadomiłem sobie, że pomimo nich nadal bawię się bardzo dobrze.
Resynced nie da się właściwie ocenić jako całkowicie osobnej gry. To remake starszego tytułu, który zachowuje fundamenty Black Flaga, przebudowując oprawę i modyfikując kilka systemów. Część tych zmian poprawia doświadczenie. Inne wydają się niepotrzebne albo wręcz gorsze od tego, co zastąpiły.
Najważniejsze jest jednak to, że Ubisoft nie zepsuł Black Flaga.
Biorąc pod uwagę, jak bardzo obawiałem się tego przed premierą, już samo to jest dużym sukcesem.

Świat, który ciągle odciąga mnie od fabuły
Spędziłem w grze 26,5 godziny, a mimo to jestem dopiero nieco za połową głównej kampanii.
Nie dlatego, że gra rozwija się szczególnie wolno. Po prostu nieustannie porzucam miejsce, do którego zamierzałem płynąć.
Widzę nieoznaczoną wyspę, podejrzane ruiny, płonący statek, mapę skarbu albo kolejną małą aktywność na horyzoncie i nagle główna misja przestaje mieć znaczenie. Chcę jedynie sprawdzić, co tam znajdę.
To nadal największa siła Assassin’s Creed Black Flaga.
Eksploracja nie polega wyłącznie na zbieraniu ikon. Na niektórych wyspach znajdują się małe historie środowiskowe, istniejące niemal całkowicie poza główną narracją. Znalazłem opuszczoną osadę przemytników, której mieszkańcy prawdopodobnie zmarli wskutek choroby przenoszonej przez szczury. Na innej plaży leżeli zabici hiszpańscy i brytyjscy żołnierze, a piraci spokojnie chodzili pomiędzy ciałami, zabierając wszystko, co po nich zostało.
W innych miejscach spotkałem kaznodzieję modlącego się przed prymitywnymi kukłami, uwięzionego psa i zapomniane świątynie ukryte na wyspach, które nie zostały wyraźnie oznaczone jako ważne lokacje.

Takie odkrycia rzadko prowadzą do dużych misji albo spektakularnych nagród. Robią coś cenniejszego: wzbudzają moją ciekawość.
Ten świat warto eksplorować nawet wtedy, gdy gra nie obiecuje legendarnej broni na końcu.
Wizualny remake, który rozumie znaczenie tego świata
Nowa oprawa jest jednym z głównych powodów, przez które ciągle żegluję bez konkretnego celu.
Assassin’s Creed Black Flag Resynced wygląda fantastycznie.
Tropikalne wyspy, gęsta roślinność, plaże, woda, ruiny i miasta widoczne w oddali często wyglądają tak pięknie, że zatrzymuję się wyłącznie po to, żeby podziwiać widok. Hawana jest kolorowa i pełna życia, a płynięcie w stronę nowej wyspy podczas zachodu słońca potrafi zmienić zwykłą podróż w jeden z najbardziej pamiętnych fragmentów sesji.
Ten świat od początku zaprojektowano wokół przyjemności podróżowania. Remake wreszcie zapewnia tym lokacjom poziom wizualny odpowiadający temu pomysłowi.
Morze nie jest jedynie pustą przestrzenią pomiędzy celami. Stanowi część atmosfery.

Załoga śpiewa klasyczne szanty, gdy Kawka przecina fale, pogoda zmienia się dookoła, a horyzont ciągle sugeruje istnienie kolejnego miejsca wartego sprawdzenia. Nawet kiedy nie walczę, nie wykonuję misji ani nie zbieram surowców, samo żeglowanie pozostaje przyjemne.
Dla mnie ta przemiana wizualna i atmosferyczna jest najmocniejszym uzasadnieniem powstania tego remake’u.
Walka nadal jest największym problemem
Moja opinia o nowej walce na szable stawała się coraz bardziej negatywna podczas pierwszych dwunastu godzin i od tego czasu niewiele się poprawiła.
Walka w oryginale była daleka od ideału. Opierała się na kontrach, egzekucjach i płynnym przechodzeniu pomiędzy przeciwnikami w rytmie, który czasami przypominał bardziej serię Batman: Arkham niż wymagającą grę akcji z elementami RPG.
Potrafiła być zbyt łatwa, ale dawała satysfakcję.
Resynced próbuje ją unowocześnić za pomocą gardy, uników, cięższych ataków i systemów opartych na przełamywaniu obrony przeciwnika. Teoretycznie powinno to zwiększyć zaangażowanie w starcia. W praktyce często uważam je za mniej responsywne i mniej przyjemne.
Zdarzają się momenty, w których mam wrażenie, że gra z góry zdecydowała, iż atak przeciwnika trafi. Mogę odejść albo spróbować zrobić unik, ale cios i tak dosięga Edwarda. Bohater potrafi też podczas walki wskoczyć na stół, skrzynię albo inny podwyższony element, a następnie odmawia ruszenia tam, gdzie próbuję go skierować.
Wtedy nie walczę już z przeciwnikiem. Walczę ze sterowaniem.

Cele templariuszy można czasami pokonywać w starciach przypominających walki z bossami, podczas których przeciwnik regularnie ucieka. Zdecydowanie wolę ignorować ten sposób, kiedy tylko jest to możliwe, i prawidłowo zabijać ich z ukrycia.
Nowa walka nie jest niegrywalna ani wystarczająco trudna, żeby zniszczyć całe doświadczenie. Jest po prostu systemem, który regularnie sprawia, że chciałbym, aby Ubisoft pozostał bliżej oryginału.
Bitwy morskie nadal dostarczają satysfakcji
Na szczęście walka na morzu pozostaje znacznie przyjemniejsza.
Bitwy morskie potrafią być naprawdę wymagające, kiedy Kawka nie jest jeszcze w pełni ulepszona albo kiedy nie korzystam z najpotężniejszych oficerów. Ustawianie statku, wybieranie właściwej amunicji i próba przetrwania starcia z kilkoma jednostkami nadal tworzą emocjonujące sytuacje.
Oficerowie mogą zapewniać ogromne premie, być może nawet zbyt ogromne.
Jedna z oficerek daje tak potężną korzyść za perfekcyjnie wykonany unik, że Kawka może uniknąć niemal wszystkich obrażeń. To zdecydowanie przesadzona zdolność, która potrafi znacząco obniżyć poziom trudności bitew morskich.
Nawet przy tym zaburzeniu balansu nadal świetnie bawię się na morzu.
Lubię bitwy, abordażowanie wrogich jednostek i ulepszanie Kawki, chociaż poza walką często wolę po prostu podróżować, słuchać załogi i szukać kolejnej wyspy. Poza jednym konwojem, który zaczął się teleportować podczas pościgu, nie miałem większych problemów z systemami morskimi.
Mniej obowiązkowego grindu, więcej opcjonalnego grindu
Jedną z lepszych zmian jest ograniczenie liczby powtarzalnych rzeczy wymaganych podczas zwykłego przechodzenia gry.
W Hawanie znajdowało się zauważalnie mniej skrzyń, niż pamiętałem z oryginału. Progresja i ulepszanie wyposażenia również wydają się szybsze oraz łatwiej dostępne. Gra nadal zachęca do eksploracji, ale nie zmusza mnie do czyszczenia dziesiątek niemal identycznych znaczników tylko po to, żeby utrzymać rozsądne tempo rozwoju.
Uważam, że to właściwa równowaga.
Gracze zainteresowani głównie kampanią i naturalną eksploracją mogą uniknąć znacznej części dawnego grindu. Na osoby chcące osiągnąć 100%, zdobyć wszystkie osiągnięcia albo platynowe trofeum nadal czeka długa lista rzeczy do wykonania.
Właśnie tam powinien znajdować się ciężki grind.
Bardziej kontrowersyjnym dodatkiem jest darmowy battle pass współdzielony pomiędzy różnymi grami z serii Assassin’s Creed. Standardowe aktywności zapewniają dodatkowe punkty, punkty zwiększają jego poziom, a kolejne poziomy dają stroje, waluty i inne nagrody powiązane nie tylko z Black Flagiem, ale też z grami takimi jak Assassin’s Creed Shadows.
Nie trzeba za niego płacić i część graczy prawdopodobnie będzie zadowolona z kolejnej ścieżki progresji do ukończenia.

Ja nie jestem.
Dla mnie wygląda to jak łatwy zamiennik prawdziwej zawartości. Zamiast połączyć nagrodę z poboczną historią, postacią, sekretem albo nietypowym odkryciem, gra wypełnia kolejny pasek i każe mi dalej zbierać punkty.
Wolałbym znaleźć dziwnego kaznodzieję na nieznanej wyspie, porozmawiać z nim i otrzymać wskazówkę prowadzącą do wyjątkowej nagrody. Wtedy przedmiot byłby częścią świata.
Battle pass sprawia, że jest częścią menu.
Historia nie działa już na mnie tak samo
Główna fabuła jest obecnie jednym z mniej interesujących elementów mojego powrotu, chociaż częściowo wynika to z mojej relacji z oryginałem.
Rzadko lubię powtarzać tę samą historię, szczególnie kiedy nadal pamiętam jej główny kierunek.
Kiedy po raz pierwszy grałem w Black Flaga jako nastolatek, fantazja o pirackiej wolności działała na mnie znacznie mocniej. Pływanie, dokąd tylko chciałem, odrzucanie władzy i budowanie życia poza zasadami wydawały się ekscytujące.
Patrząc teraz na Edwarda, historia wydaje się bardziej infantylna, niż ją zapamiętałem.
Mówi o wolności, ale znaczną częścią jego motywacji jest po prostu bogactwo. Chce stworzyć lepsze życie dla siebie i żony, jednak pomimo obietnicy powrotu po dwóch latach nadal ściga pieniądze i kolejne przygody.
Nie czyni go to złym bohaterem. Jego egoizm oraz dystans wobec konfliktu asasynów i templariuszy są jednymi z ciekawszych elementów tej postaci.
Przez znaczną część historii Edward nie przejmuje się żadną z tych organizacji. Nie kieruje nim ideologia ani przeznaczenie. Dostrzega okazje i wykorzystuje je, żeby realizować własny cel.
Możliwość zagrania kimś, kto niemal przypadkowo zostaje wciągnięty w ten konflikt, była wtedy odświeżająca i nadal odróżnia go od wielu innych protagonistów serii.
Pojawianie się znanych i częściowo zmitologizowanych piratów, takich jak Czarnobrody, również nadaje tej przygodzie znaczną część jej charakteru.
Zastępstwo dla współczesności działa, ale nadal brakuje mi Abstergo
Resynced usuwa dawną strukturę, w której mogłem wyjść z Animusa i chodzić po biurach Abstergo.
Rozumiem, dlaczego wielu graczy nigdy nie interesowało się tymi sekwencjami, ale ja je lubiłem. Spacerowanie po siedzibie firmy, czytanie dodatkowych informacji i chwilowe opuszczanie życia Edwarda zapewniały oryginałowi kolejną warstwę atmosfery Assassin’s Creed.
Zastępujący je wątek Ego i Kruka jest ciekawszy, niż się spodziewałem.

Nadal nie rozumiem całkowicie, czym jest Kruk, i nie chcę zgadywać, czy wiąże się z Desmondem, innym asasynem czy czymś zupełnie innym. Najważniejsze jest to, że ta sekwencja na chwilę mnie zatrzymała i ponownie skłoniła do zwrócenia uwagi na narrację.
Jako osobny pomysł działa zaskakująco dobrze.
Mimo tego nadal brakuje mi możliwości fizycznego wyjścia z Animusa i eksplorowania Abstergo. Dawne fragmenty sprawiały, że historyczna symulacja wydawała się częścią większego świata, a nie jedynie interfejsem pomiędzy misjami i nagrodami.
Błędy są częste, ale rzadko katastrofalne
Grałem w wersję PC na komputerze z procesorem Intel Core i5-13500, kartą NVIDIA GeForce RTX 4070 Ti, 32 GB RAM-u i dyskiem SSD.
Podczas niemal każdej sesji pojawia się jakiś błąd.
Przeciwnik przeżył skrytobójstwo, wstał i zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Konwój teleportował się, kiedy próbowałem go dogonić. Edward czasami wykonuje animację otwierania skrzyni, ale skrzynia pozostaje zamknięta, przez co muszę kilka razy powtórzyć interakcję.
Miałem też problem z uruchomieniem gry wyłącznie jako procesu działającego w tle. Słyszałem muzykę, ale na pasku zadań nie znajdowało się żadne dostępne okno.
Wybieranie znaczników na mapie potrafi być niepotrzebnie niewygodne, a ponowne wczytywanie wymaga najpierw przytrzymania przycisku, a następnie potwierdzenia dokładnie tej samej decyzji.
Problemy występują wystarczająco często, żeby o nich wspomnieć. Zazwyczaj nie są na tyle poważne, żeby całkowicie wyrwać mnie z rozgrywki.
Większość z nich stanowi krótkie zakłócenie, a nie błąd niszczący grę. Irytuję się przez moment, a następnie wracam do żeglowania, eksplorowania albo wykonywania kolejnej aktywności.
Teleportujący się konwój był najpoważniejszym przykładem, ponieważ zmarnował mój czas i zasoby. Na szczęście problemy tej skali należały do rzadkości.
Ubisoft wykonał dobrą robotę i cieszy mnie, że mogę to przyznać
Przed premierą obawiałem się, że Ubisoft nie zrozumie, co czyniło Assassin’s Creed Black Flaga wyjątkowym.
Po 26,5 godzinach muszę wycofać część swojego wcześniejszego sceptycyzmu.
Resynced nie jest lepszy od oryginału w każdym elemencie. Walka na szable daje mniej satysfakcji, kilka współczesnych systemów wydaje się niepotrzebnych, a błędy pojawiają się zdecydowanie zbyt regularnie.
Kiedy jednak patrzę na całe doświadczenie, a nie wyłącznie na najbardziej frustrujące momenty, naprawdę dobrze się bawię.
Wyspy są piękne. Eksploracja ciągle odciąga mnie od celu. Bitwy morskie nadal są emocjonujące. Rozwijanie Kawki daje satysfakcję. Szanty wciąż działają idealnie, a Karaiby pozostają jednym z najlepszych światów stworzonych przez Ubisoft dla tej serii.

Ten remake nie zastępuje wszystkich wspomnień, które mam z oryginału.
Daje mi bardzo dobry powód, żeby stworzyć nowe.
Spodziewałem się, że Ubisoft niepotrzebnie skomplikuje Black Flaga, przeciąży go współczesnymi systemami albo po prostu nie zrozumie, dlaczego ludzie go pokochali. Zamiast tego studio dostarczyło dobry remake z kilkoma świetnymi ulepszeniami i kilkoma wątpliwymi decyzjami.
Mogę go polecić zarówno powracającym fanom, jak i osobom poznającym historię Edwarda Kenwaya po raz pierwszy.
Nie jest idealny.
Nadal jest Black Flagiem.
A czasami to więcej niż wystarczająco.
Ocena po 26,5 godzinach i ukończeniu 54% głównej fabuły: 7/10.
