EA Sports UFC 6 - Media Expert

Echoes of Aincrad: demo, przy którym prawie zasnąłem

Echoes
Zobacz także: Drugie DLC do Sword Art Online: Fractured Daydream już dostępne

Echoes of Aincrad na papierze powinno mnie sprzedać bez większego problemu.

Bardzo podobał mi się pierwszy sezon Sword Art Online. Sam pomysł, że ludzie są uwięzieni w VRMMORPG, a śmierć w grze oznacza śmierć naprawdę, nadal jest jednym z najmocniejszych konceptów tej marki. Dlatego single-player action JRPG, w którym wchodzimy do Aincrad jako własny avatar, brzmi jak coś z potencjałem.

Ale po mniej więcej godzinie z demem po prostu odpadłem. Dosłownie Alt + F4.

Nie ukończyłem nawet tej początkowej linii samouczka, bo gra zwyczajnie zanudziła mnie na śmierć. A jak na grę akcji osadzoną w świecie Sword Art Online, to jest dość brutalny problem.

Samo założenie jest okej. Wchodzimy do wirtualnego świata, nadajemy imię avatarowi i trafiamy do antycznie wyglądającej cyfrowej przestrzeni, gdzieś między fantasy ruinami a klimatem trochę przypominającym Azteków. UI ma ten futurystyczny feeling “avatara w grze”, co do SAO nawet pasuje. Muzyka była chyba najlepszym elementem dema. W podziemiach momentami miała nawet lekki klimat jak z Władcy Pierścieni, oczywiście tylko trochę.

Zrzut ekranu z dema Echoes of Aincrad, pokazujący okno samouczka dotyczące bezpiecznych stref odpoczynku. Komunikat wyjaśnia, że odpoczynek odnawia punkty zdrowia i przedmioty leczące oraz działa jak punkt kontrolny. W tle widać postać gracza stojącą w kamiennych ruinach.

Ale samo doświadczenie było dla mnie boleśnie powolne.

Walka jest mocno konsolowa, zdecydowanie bardziej naturalna pod kontroler niż klawiaturę i mysz. Nie było to niegrywalne na PC, a optymalizacja była dobra, nawet bardzo dobra, ale cały czas czuć było, że gra jest raczej projektowana z myślą o padzie. Lock-on zazwyczaj mnie denerwuje, ale tutaj działał lepiej, niż się spodziewałem. Tylko że przeciwnicy w tutorialu byli tak łatwi, że walka nawet nie zdążyła zrobić się ciekawa.

Zrzut ekranu z walki w demie Echoes of Aincrad. Postać gracza stoi w dużej, ciemnej sali ruin naprzeciwko przeciwnika o nazwie Sentry Golem. Na ekranie widoczne są elementy interfejsu, pasek zdrowia bossa, minimapa, ikony akcji oraz cel zadania: pokonać golema.

Są partnerzy, ataki kombinowane, leczenie, punkty odpoczynku, loot, niszczenie elementów otoczenia, rozwój RPG i wszystkie typowe systemy action JRPG. Na papierze brzmi, jakby było tu sporo rzeczy. W praktyce w demie nic mnie nie wciągnęło.

Nawet klimat SAO średnio zadziałał. To powinno mieć napięcie. Powinno sprzedawać fantazję bycia uwięzionym w pięknym, ale śmiertelnie niebezpiecznym MMO. Zamiast tego początek historii był płaski, powolny i dziwnie bez życia. Rozumiałem koncept i wiedziałem, co gra próbuje przywołać, ale kompletnie nie poczułem tego napięcia “death game”.

Wizualnie nie mam problemu z azjatyckim/anime stylem samym w sobie. To nie jest mój ulubiony styl w grach, ale mi nie przeszkadza. Tutaj jednak czułem jakiś zgrzyt. Lokacje są półrealistyczne, ale nadal wyraźnie animowane i stylizowane, natomiast modele postaci idą dużo mocniej w stronę anime. Przez to bohaterowie chwilami wyglądają, jakby należeli do trochę innej warstwy wizualnej niż świat wokół nich. To nie jest katastrofa, ale coś mi się w tym lekko gryzło.

Może najwięksi fani SAO wyciągną z tego więcej. Może osoby, które naprawdę chcą eksplorować Aincrad z innej perspektywy, będą miały cierpliwość, żeby wejść głębiej w systemy, buildy, partnerów i późniejsze misje.

Dla mnie demo nie zrobiło najważniejszej rzeczy: nie sprawiło, że chciałem grać dalej.

Wszedłem z ciekawością, bo lubiłem pierwszy sezon anime. Wyszedłem prawie zasypiając przy grze akcji.

3/10.

Zobacz także: Nowy materiał z Blood Of Dawnwalker odsłania akcję-RPG, w której dialogi z Wiedźmina spotykają chodzenie po ścianach!
30
OCENA

Komentarze

Bądź pierwszy i zostaw komentarz!

Dodaj komentarz

0/300