Echoes of Aincrad na papierze powinno mnie sprzedać bez większego problemu.
Bardzo podobał mi się pierwszy sezon Sword Art Online. Sam pomysł, że ludzie są uwięzieni w VRMMORPG, a śmierć w grze oznacza śmierć naprawdę, nadal jest jednym z najmocniejszych konceptów tej marki. Dlatego single-player action JRPG, w którym wchodzimy do Aincrad jako własny avatar, brzmi jak coś z potencjałem.
Ale po mniej więcej godzinie z demem po prostu odpadłem. Dosłownie Alt + F4.
Nie ukończyłem nawet tej początkowej linii samouczka, bo gra zwyczajnie zanudziła mnie na śmierć. A jak na grę akcji osadzoną w świecie Sword Art Online, to jest dość brutalny problem.
Samo założenie jest okej. Wchodzimy do wirtualnego świata, nadajemy imię avatarowi i trafiamy do antycznie wyglądającej cyfrowej przestrzeni, gdzieś między fantasy ruinami a klimatem trochę przypominającym Azteków. UI ma ten futurystyczny feeling “avatara w grze”, co do SAO nawet pasuje. Muzyka była chyba najlepszym elementem dema. W podziemiach momentami miała nawet lekki klimat jak z Władcy Pierścieni, oczywiście tylko trochę.

Ale samo doświadczenie było dla mnie boleśnie powolne.
Walka jest mocno konsolowa, zdecydowanie bardziej naturalna pod kontroler niż klawiaturę i mysz. Nie było to niegrywalne na PC, a optymalizacja była dobra, nawet bardzo dobra, ale cały czas czuć było, że gra jest raczej projektowana z myślą o padzie. Lock-on zazwyczaj mnie denerwuje, ale tutaj działał lepiej, niż się spodziewałem. Tylko że przeciwnicy w tutorialu byli tak łatwi, że walka nawet nie zdążyła zrobić się ciekawa.

Są partnerzy, ataki kombinowane, leczenie, punkty odpoczynku, loot, niszczenie elementów otoczenia, rozwój RPG i wszystkie typowe systemy action JRPG. Na papierze brzmi, jakby było tu sporo rzeczy. W praktyce w demie nic mnie nie wciągnęło.
Nawet klimat SAO średnio zadziałał. To powinno mieć napięcie. Powinno sprzedawać fantazję bycia uwięzionym w pięknym, ale śmiertelnie niebezpiecznym MMO. Zamiast tego początek historii był płaski, powolny i dziwnie bez życia. Rozumiałem koncept i wiedziałem, co gra próbuje przywołać, ale kompletnie nie poczułem tego napięcia “death game”.
Wizualnie nie mam problemu z azjatyckim/anime stylem samym w sobie. To nie jest mój ulubiony styl w grach, ale mi nie przeszkadza. Tutaj jednak czułem jakiś zgrzyt. Lokacje są półrealistyczne, ale nadal wyraźnie animowane i stylizowane, natomiast modele postaci idą dużo mocniej w stronę anime. Przez to bohaterowie chwilami wyglądają, jakby należeli do trochę innej warstwy wizualnej niż świat wokół nich. To nie jest katastrofa, ale coś mi się w tym lekko gryzło.


Może najwięksi fani SAO wyciągną z tego więcej. Może osoby, które naprawdę chcą eksplorować Aincrad z innej perspektywy, będą miały cierpliwość, żeby wejść głębiej w systemy, buildy, partnerów i późniejsze misje.
Dla mnie demo nie zrobiło najważniejszej rzeczy: nie sprawiło, że chciałem grać dalej.
Wszedłem z ciekawością, bo lubiłem pierwszy sezon anime. Wyszedłem prawie zasypiając przy grze akcji.
3/10.


Komentarze
Bądź pierwszy i zostaw komentarz!