EA robi gry o mieszanych sztukach walki od wielu lat i przez większość tego czasu chodziło tą samą ścieżką: nowy roster, lekko podrasowana animacja, ten sam szkielet pod spodem. UFC 6 zrywa z tym schematem mocniej, niż się spodziewałem. Walka zawodników oparta na silniku fizyki Frostbite, doszedł nowy system walki nazwany Flow State, jest pełnoprawny tryb fabularny i uwaga, crossplay między PlayStation a Xboksem. Brzmi jak skok generacyjny.

I po części nim jest. Tyle że pod tym ładnym hasłem kryje się gra, która jedną ręką daje, a drugą zabiera. Bo ten sam UFC 6, który wygląda lepiej niż kiedykolwiek, wchodzi na premierę z rosterem mniejszym niż poprzednik i z mechaniką, która część graczy zachwyca, a część doprowadza do białej gorączki. Po kilku wieczorach z padem mam zdanie jasne: to bardzo dobra gra MMA. Po prostu nie dla każdego.

The Legacy, czyli EA w końcu opowiada historię
Zacznę od tego, co najbardziej mnie zaskoczyło, bo w grze sportowej rzadko to działa. The Legacy to tryb fabularny, w którym wcielasz się w Chrisa Cartera, utytułowanego zapaśnika akademickiego, który schodzi z maty i wchodzi do klatki. Cała droga prowadzi przez regionalną scenę MMA, te małe gale w halach, gdzie publiczność siedzi na wyciągnięcie ręki, aż po samo UFC. Motyw przewodni jest prosty i ograny, ale działa.

Sercem historii jest rywalizacja z dawnym kumplem z gymu, który idzie tą samą drogą. To nie jest scenariusz na Oscara. To raczej dobry film sportowy klasy B, taki, który oglądasz w niedzielę i wciąga bardziej, niż wypada się przyznać. Gra sypie wydarzeniami fabularnymi, jest ich naprawdę dużo, więc między walkami masz co robić i o czym myśleć. Po napisach The Legacy przechodzi w bardziej klasyczny tryb kariery, więc postać i progresja zostają z Tobą na dłużej.

Rozgrywka
Cios ma wagę. Frostbite, który dotąd kojarzył się głównie z Battlefieldem i Fifą, robi tu robotę, której nie spodziewałem się po grze MMA. Trafienie czuć, bo postać reaguje na nie w czasie rzeczywistym, ragdoll nie odpala dwa razy tak samo, a po mocnym ciosie głowa satysfakcjonująco odskakuje. EA mówi o ponad pięćdziesięciu nowych reakcjach na trafienia i co rzadkie przy takich liczbach, w praktyce to widać. Nokaut potrafi wyglądać tak dobrze, że nie chcesz przewijać powtórek.

Sterowanie jest czytelne. Złożone akcje MMA, podcięcia, zmiany poziomu, walka w zwarciu, dają się przełożyć na pada bez poczucia, że gra walczy z Tobą zamiast z przeciwnikiem. Nie jest to system, który ogarniesz w pięć minut, ale po godzinie czujesz, że to Ty decydujesz o tempie wymiany, nie losowość.

Flow State, czyli pomysł, który dzieli stół
I teraz najgorętszy temat tej premiery. Flow State to nowy system, który ma nagradzać granie zgodne z realnym stylem zawodnika. Działa na trzech warstwach. Najpierw masz pasywne bonusy do mocnych stron wojownika. Potem akceleratory, które ładują pasek momentum, kiedy walczysz tak, jak walczy Twój zawodnik w prawdziwym życiu: pressure striker dostaje za cięcie dystansu i serie ciosów, grappler za łańcuchy obaleń i kontrolę parteru. Na końcu, przy szczycie paska, odpalasz sam Flow State, czyli mocny chwilowy boost.
W grze jest trzydzieści takich unikalnych stanów, a każdy zawodnik ma przypisany jeden z nich plus pięć perków dobranych pod jego styl. Na papierze to świetny pomysł. Nagradza grę „w postać” zamiast bezmyślnego klikania.

Problem w tym, że nie wszyscy to kupują. Część graczy może i nie bez powodu odczuć skręt w stronę bijatyki arcade, bliżej Street Fightera niż realnego MMA. Aktywny Flow State bardzo mocny i w rękach dobrego gracza zamienia wyrównaną walkę w jednostronne lanie. Lubię ideę, ale rozumiem kogoś, kto wchodzi do UFC po symulację i może być zdziwiony.

Na szczęście EA zostawiło suwaki. Trudność i część mechanik da się regulować, a niektóre rzeczy wręcz wyłączyć, więc jeśli wolisz czystszą walkę, masz jak sobie ją skroić. To akurat ukłon, który doceniam.
Parter, zwarcie i reszta arsenału
Walka w parterze i w zwarciu pod siatką trzyma poziom, do którego seria nas przyzwyczaiła, i korzysta na tym co oferuje silnik gry. Przejścia mają ciężar, a wymiana pozycji na macie wciąż przypomina partię szachów, w której jeden błąd kosztuje Cię plecy przeciwnika na karku. To nie jest rewolucja względem poprzednika, ale solidna, dopracowana podstawa.

Oprawa: najładniejsze UFC, jakie EA zrobiło
To najlepiej wyglądająca odsłona serii. Modele zawodników są dobrze odwzorowane i widać to w detalach, animacje twarzy wreszcie nie wyglądają jak gumowe maski, a wspomniane już powtórki w zwolnionym tempie potrafią zatrzymać Cię na minutę przy jednym nokaucie.
Jeśli grałeś w UFC 5 i odbiłeś się od powtarzalności, UFC 6 daje powód, by wrócić. Jeśli to Flow State było tym, co odstraszyło Cię w zapowiedziach, tutaj raczej zdania nie zmienisz.

Podsumowanie
UFC 6 to najlepsza odsłona serii i jednocześnie ta, która najbardziej dzieli. Robi kilka rzeczy lepiej niż jakakolwiek gra MMA wcześniej: bije się fenomenalnie, wygląda świetnie.
Cienie też są wyraźne. Flow State to hazard, który u jednych zagra, u drugich zgrzytnie, a cięcia w rosterze zostawiają na premierę niesmak, którego żadna obietnica comiesięcznych dodatków od razu nie zmyje. To gra, która oddaje pełnię uroku dopiero, gdy zaakceptujesz jej nowy kierunek i dasz live-service kilka miesięcy na nadrobienie braków.
Najczęściej zadawane pytania
Czy warto kupić EA Sports UFC 6 na premierę?
Jeśli jesteś fanem MMA i grasz dużo w sieci, tak. Walka wygląda najlepiej w serii.
Czy EA Sports UFC 6 ma polską wersję językową?
Tak, gra ma polskie napisy i interfejs. Pełnego dubbingu nie ma, komentarz i głosy są po angielsku.
Na jakie platformy wyszło EA Sports UFC 6?
Na PlayStation 5 i Xbox Series X/S, premiera 19 czerwca 2026.
- + Walka daje satysfakcję, ciosy mają swoją wagę i są dobrze zwizualizowane w animacjach
- – Flow State dzieli graczy, bywa za mocne
- – Roster mniejszy niż w UFC 5 na premierę


Komentarze
Bądź pierwszy i zostaw komentarz!