Ostatnie dni upłynęły nam pod znakiem czystego chaosu w kooperacji oraz zachwytów nad wspaniałymi detalami w Resident Evil Requiem. Prawda jest taka, że najlepsze momenty w grach to często te najdrobniejsze, najbardziej absurdalne wpadki, z których śmiejemy się do łez.
Nogi gnoma zostają w kuchni
Darmowe demo Burglin’ Gnomes to absolutny hit, który z marszu zastąpił nam zeszłoroczne Peal. Pętla rozgrywki polega na okradaniu niewinnych ludzi za pomocą lepkich rączek, a szalone misje zleca nam potężny High Gnome. Szczerze mówiąc, zabawa polega tu głównie na radosnym sprawdzaniu, co szybciej nas zabije. Trzy gnomy tworzą idealną procę, ale bohaterowie tracą przy tym ręce. Z kolei wręczenie małym złodziejom noży kuchennych kończy się z reguły radosnym odcięciem nóg, a zbyt wysoki skok prosto w sufit oznacza natychmiastową śmierć.
Pad moknie na deszczu
Początek Resident Evil Requiem dostarczył mi z kolei najwięcej dziecięcej radości w tym roku. Kiedy przerażona Grace idzie przez miasteczko Wrenwood, kontroler DualSense do konsoli PS5 wydaje z siebie bardzo głośne dźwięki ulewy. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że odgłos uderzających kropli całkowicie milknie, gdy tylko postać chowa się pod markizą lokalnego sklepu. Byłam tak autentycznie zachwycona, że zmuszałam bohaterkę do śmiesznych tanecznych kroków w deszcz i z powrotem pod dach, żeby pokazać ten świetny bajer mężowi.
Oszczędzałem kule, tracąc detale
Zrozumie to każdy, kto grał w survival horrory, ale moje ostrożne skradanie się w Resident Evil Requiem miało nieco zabawne skutki. Grałem na tyle cicho, że przegapiłem sporo świetnych zachowań przeciwników w lokacji Rhodes Hill Care Centre. Konkretnie, jeśli odważnie wybijemy wszystkich w sali operacyjnej, ocalała pokojówka zaczyna wędrować po korytarzach, głośno narzekając na zrobiony przez nas bałagan. Mimo to moją ulubioną rzeczą wciąż pozostaje cudowna animacja, w której Grace mozolnie ładuje pistolet Requiem, a powolne wpychanie każdego naboju buduje niesamowite napięcie.
Overwatch boleśnie przypomina braki
Z kolei moje powroty do sieciowej strzelanki Overwatch przypominają wesołe zderzenie ze ścianą. Koniec końców mój wielki entuzjazm z poprzednich tygodni gdzieś wyparował, a ja gram jak kompletny żółtodziób. Chodzi o to, że uparłem się na testowanie każdej dostępnej w grze postaci, przez co ciągle tracę wyuczony rytm i zbieram cięgi na arenie. Zamiast wymiatać, często tylko wzdycham z bezradności, próbując z uśmiechem utrzymać w głowie resztki pozytywnego nastawienia.
Wspólne granie zbliża zakochanych
Na szczęście kanapowa kooperacja wciąż ma się świetnie, zwłaszcza na nowej konsoli Switch 2. Po kilku radosnych wyścigach w Mario Kart World namówiłem partnerkę na odpalenie Vampire Survivors, chociaż uważałem to za mocno ryzykowny pomysł. Wystarczyły jednak dwie godziny i kilka zupełnie przypadkowych ulepszeń broni, aby dziewczyna wciągnęła się bez reszty. Kiedy kilka dni później zobaczyłem, jak znów siedzi przyklejona do ekranu, poczułem najszczerszą radość.
Kosztowna wycieczka w przeszłość
Tymczasem porzuciłem całkowicie nowiutkie Pokopia, żeby odpalić starusieńkie Pokémon White 2 na przenośnej konsolce 3DS. Kiedyś jako mądraliński nastolatek zupełnie zignorowałem te sequele, uznając je za niepotrzebne. Dzisiaj widzę, jak pięknie wibruje ta jesienna oprawa, chociaż zakup używanego egzemplarza z drugiej ręki kosztował mnie małą fortunę.
Koniec końców ten weekend po raz kolejny udowodnił, że nieważne czy uciekamy przed zombiakami, czy wysadzamy zabawne gnomy w powietrze, gry nadal potrafią bawić do łez

Komentarze
Bądź pierwszy i zostaw komentarz!