Twórca gier Undertale i Deltarune, Toby Fox, w końcu odniósł się do zarzutów. Fani z Ameryki Łacińskiej od dawna czują się pominięci, a ich frustracja rośnie z powodu braku oficjalnych tłumaczeń na język hiszpański czy portugalski. Odpowiedź dewelopera, choć ubrana w troskę o artystyczną spójność, przez wielu fanów jest postrzegana jako wygodne usprawiedliwienie.
Toby Fox twierdzi, że nie ma urazy do innych krajów. Problem leży gdzie indziej: jeśli wydaje oficjalny produkt, to chce, aby był on zgodny z jego wizją. Tłumaczenie na japoński było możliwe, ponieważ Fox osobiście zna ten język. Dzięki temu mógł ściśle współpracować z tłumaczem i pilnować jakości tekstu. W praktyce oznacza to, że artystyczna integralność staje się wąskim gardłem, uzależniającym dostęp do gry dla milionów graczy od osobistych kompetencji językowych twórcy.
Nie tylko tłumaczenia
Problem jest znacznie szerszy niż same tłumaczenia. Teoria o niechęci dewelopera do Ameryki Łacińskiej nie wzięła się znikąd. To efekt serii biznesowych decyzji, które konsekwentnie ignorują ten rynek. Koncert z muzyką z Undertale omija region, a koszty wysyłki gadżetów od firmy Fangamer są zaporowe. Wizja artystyczna nie ma nic wspólnego z logistyką koncertów ani cenami w sklepie. To czysta kalkulacja. W efekcie gracze czują się jak klienci drugiej kategorii.
Toby Fox przyznaje, że rozważał różne opcje ze swoim wydawcą, firmą 8-4. Z tych rozmów jednak nic nie wyniknęło. Deweloper sugeruje, że „może powinien spróbować innego podejścia”. Trudno ocenić, czy jest to zapowiedź realnych działań, czy jedynie próba załagodzenia nastrojów w mediach społecznościowych. Fakt, że po latach od premiery gry rozmowy z wydawcą nie przyniosły żadnego rezultatu, może jednak sugerować, że sprawa nie była traktowana priorytetowo.
Co ciekawe, deweloper jest bardzo zadowolony z istnienia nieoficjalnych, fanowskich tłumaczeń na PC. Chwali je, ponieważ pozwalają graczom interpretować dzieło bez presji „oficjalnej doskonałości”. Fox przyznaje, że darmowa praca fanów, którzy tłumaczą grę, jest dla niego „niesamowicie pomocna”. W skrócie: społeczność wykonuje pracę za darmo, rozszerza zasięg produktu, a deweloper nie ponosi żadnych kosztów ani odpowiedzialności. Jednocześnie zachowuje swoją nieskazitelną „wizję artystyczną”.
W ten sposób szlachetny argument o integralności artystycznej staje się wygodnym uzasadnieniem dla biznesowej bezczynności, a fani z dużych rynków słyszą między wierszami: radźcie sobie sami.

Komentarze
Bądź pierwszy i zostaw komentarz!