Przez długi czas mówiło się, że Overwatch to „martwa gra”. Jednak po ostatnich ogłoszeniach Blizzard udowodnił, że pogłoski o jego śmierci były mocno przesadzone. Produkcja właśnie odnotowała najwyższą aktywność od czasu premiery sequela.
Co stoi za tym nagłym sukcesem? Kumulacja kilku kluczowych czynników: powrót do korzeni, nowi bohaterowie i… Jetpack Cat.
Koniec ery „Overwatch 2” – wielki powrót do korzeni
5 lutego Blizzard zrzucił bombę informacyjną: Overwatch 2 porzuca „dwójkę” w nazwie i wraca do formuły, którą gracze pokochali w pierwszej części. To symboliczne „resetowanie” gry ma na celu naprawienie błędów, które frustrowały społeczność od lat – m.in. kontrowersyjnego przejścia na format 5v5 oraz braku obiecanej zawartości dla pojedynczego gracza (PvE).

Nowy-stary „Season 1” wystartuje już dziś! Wprowadzając aż pięciu nowych bohaterów oraz mnóstwo świeżych funkcji.
Liczby nie kłamią: Steam płonie
Efekt ogłoszeń był natychmiastowy. Według danych ze SteamDB:
- W ciągu ostatnich 24 godzin w Overwatch grało blisko 69 000 osób jednocześnie.
- To najlepszy wynik od czasu premiery Overwatch 2 (kiedy to odnotowano 75 600 graczy).
- Obecnie gra przyciąga więcej aktywnych użytkowników niż takie giganty jak Call of Duty: Black Ops 7 czy Battlefield 6.

Gracze rzucili się do testowania nowej postaci – Anran, która jest obecnie dostępna w ramach okresu próbnego. Wygląda na to, że wielu fanów porzuciło konkurencyjne Marvel Rivals, by sprawdzić, co nowego przygotował Blizzard.
Czy to trwały sukces, czy tylko chwilowy „hype”?
Mimo imponujących statystyk, przed twórcami wciąż długa droga. Recenzje na Steamie pozostają „Mieszane”, a zaledwie 27% z nich to opinie pozytywne. Gracze wciąż pamiętają lata zaniedbań i niespełnionych obietnic.
Prawdziwym testem będzie dzisiejsza premiera pełnego sezonu. Jeśli nowe funkcje i powrót do klasycznej formuły zadowolą weteranów, Overwatch może na stałe wrócić na szczyt. Jeśli jednak entuzjazm opadnie, rekordowe słupki mogą szybko runąć.
Powrót do formatu z pierwszej części to ryzykowny, ale konieczny ruch. Blizzard przyznał się do błędu, a gracze – jak widać po statystykach – są gotowi dać im jeszcze jedną (ostatnią?) szansę.
