Kolekcjoner z Londynu kupił sprzęt z utylizacji za 10 tysięcy funtów i skończył z nalotem policji o szóstej rano. Problemem nie była transakcja, tylko to, że korporacja straciła kontrolę nad własnym sprzętem.
Sprawa dotyczy Darius Khan, prywatnego kolekcjonera gier wideo, który wszedł w posiadanie partii sprzętu wyrzuconego po przeprowadzce brytyjskiego oddziału Sega. Khan zapłacił 10 tysięcy funtów podwykonawcy firmy zajmującej się elektroodpadami. Nie był to zakup z bagażnika, tylko normalna umowa. Tyle że kilka miesięcy później policja uznała, że devkity mogły zostać skradzione.
Utylizacja zerwała łańcuch kontroli
Gdy Sega przenosiła biuro z Brentford do Chiswick, zleciła sprzątanie i utylizację sprzętu firmie Waste To Wonder. Ta przekazała zadanie podwykonawcy, a sprzęt trafił do punktu eksportowego, gdzie elektrośmieci są sortowane i sprzedawane dalej. W tym momencie przestał istnieć realny nadzór nad tym, co dokładnie znajduje się w partii odpadów.
To właśnie wtedy Khan dogadał się z podwykonawcą i odkupił całość, zanim sprzęt został przetworzony. W praktyce sprowadza się to do jednego faktu: korporacja pozbyła się sprzętu, a potem uznała, że nadal chce decydować o jego losie.
Devkit to nie konsola z półki
Wśród zakupionych przedmiotów znalazły się devkity do PlayStation 3, Xbox 360, Nintendo DSi oraz Wii U. Do tego dochodziły kontrolery, podpisane egzemplarze gier i prototypowe kartridże. To sprzęt, który nigdy nie trafia do zwykłej sprzedaży, bo służy do testów, debugowania i pracy nad grami przed premierą.
Właśnie dlatego devkity są traktowane inaczej niż zwykłe konsole. Zawierają oprogramowanie i narzędzia, które firmy uznają za wrażliwe. Problem polega na tym, że w tym przypadku to Sega sama dopuściła do ich wypłynięcia.
Nalot bez aktu oskarżenia
Po tym, jak Khan wystawił część sprzętu na eBayu i Facebook Marketplace, sprawą zainteresowały się organy ścigania. Jak relacjonował później, do jego drzwi zapukało czterech lub pięciu policjantów. Usłyszał zarzut prania pieniędzy. Sprzęt zabezpieczono. Jego samego zatrzymano. Jednak do dziś nie postawiono mu żadnych formalnych zarzutów.

Sprawę nagłośnił kanał Gamers Nexus, który opublikował godzinny materiał śledczy. Z dokumentu wynika jasno, że problem nie leży w działaniu kolekcjonera, lecz w konflikcie między ochroną własności intelektualnej a realiami rynku wtórnego.
Historia gier pod kluczem
Najlepiej widać tu prostą zależność. Gdy archiwa trafiają do muzeum, są chwalone. Gdy te same artefakty trafiają do prywatnej kolekcji, nagle stają się zagrożeniem. Ochrona IP działa jak zamek, który zamyka się dopiero wtedy, gdy koń ucieknie ze stajni.
Jeśli ten precedens się utrzyma, rynek kolekcjonerski dostanie jasny sygnał. Nawet legalny zakup z utylizacji nie gwarantuje spokoju. W efekcie unikatowy sprzęt zamiast do muzeów i archiwów trafi do niszczarek. I właśnie to, a nie rzekoma kradzież, jest w tej historii najbardziej kosztowne.
Ochrona własności intelektualnej w świecie gier
Sprawdź swoją wiedzę na temat ochrony własności intelektualnej oraz historii gier.

Komentarze 1