Crimson Desert

Krypta Kriogeniczna w Marathon: Jak Bungie stworzyło rajd, którego większość graczy nigdy nie ukończy

Marathon
Zobacz także: Tokyo Xtreme Racer powraca: Nowy zwiastun na PS5 to czysta nostalgia z ery PS2

W cyfrowym krajobrazie gier-usług, gdzie priorytetem jest dostępność i utrzymanie szerokiej bazy graczy, pojawiają się czasem projekty idące pod prąd. Takim zjawiskiem jest bez wątpienia Krypta Kriogeniczna w Marathon, endgame’owy loch od studia Bungie. To dzieło projektantów, które gracze określają mianem „soulslike’a wśród strzelanek”. Jest to labirynt brutalnych wyzwań i bezlitosnej losowości. Analiza jego mechanik odsłania odważną, być może niebezpieczną filozofię designu.

Architektura Strachu i Rywalizacji

Struktura mapy od samego początku komunikuje graczowi, że nie jest to typowa arena. Porzucony statek kolonialny UESC Marathon to misterna konstrukcja. Jego pokład przypomina koło z centralnym hubem i odchodzącymi od niego „szprychami”. Gracze rozpoczynają w zewnętrznych sektorach, rozpaczliwie poszukując kart dostępu. Każda karta o wyższym poziomie otwiera kolejne drzwi, przybliżając do serca statku. Centralny hub został zaprojektowany jako śmiertelna pułapka, gdzie ścieżki wszystkich drużyn nieuchronnie się krzyżują.

To właśnie tutaj ujawnia się geniusz PvPvE w wykonaniu Bungie. W przeciwieństwie do tradycyjnych rajdów, gdzie wrogami są wyłącznie postacie sterowane przez komputer, tutaj największym zagrożeniem jest drugi człowiek. Zespoły mogą współpracować przy rozwiązywaniu zagadek. Mogą też wbić sobie nóż w plecy, kradnąc cenne łupy tuż przed metą. Napięcie budowane jest nie przez skrypty, lecz przez nieprzewidywalność ludzkich zachowań, co stanowi fundament gatunku extraction shooter. Mapa staje się aktywnym uczestnikiem i antagonistą rozgrywki.

Krypta Kriogeniczna w Marathon – gra w grze, oparta na losowości

Prawdziwe wyzwanie zaczyna się jednak, gdy celem staje się siedem zamkniętych krypt. Dostęp do nich wymaga specjalnych kluczy. Te przedmioty wypadają niezwykle rzadko, a każdy klucz pasuje tylko do jednego, konkretnego sejfu. To jednak dopiero wierzchołek góry lodowej. Wewnątrz krypt, oprócz cennego ekwipunku, znajdują się unikalne podprogramy. Problem w tym, że ich pojawienie się nie jest gwarantowane. Gracz może zużyć rzadki klucz i nie zdobyć kluczowego dla postępu przedmiotu.

Taka mechanika to niezwykle odważna decyzja projektowa. Z jednej strony buduje prestiż i wartość nagrody. Z drugiej jednak wprowadza potężny element frustrującej losowości. Aby dostać się do siódmej, finałowej krypty, należy zebrać sześć różnych podprogramów. Ta wieloetapowa, obarczona czynnikiem RNG (generator liczb losowych) pętla rozgrywki sprawia, że całe przedsięwzięcie staje się maratonem cierpliwości i szczęścia, a nie tylko umiejętności.

Finał, który jest tylko początkiem drogi ewakuacyjnej

Gdy drużynie uda się wreszcie dotrzeć do ostatniej krypty, czeka tam na nią boss – Kompilator. Sama walka przypomina starcia z rajdów w Destiny 2. Wymaga od graczy koordynacji i rozwiązywania zagadek środowiskowych pod presją czasu. Na otaczających terminalach wyświetlają się symbole, na które trzeba odpowiednio zareagować, by odsłonić słaby punkt wroga. Ataki Kompilatora są potężne i potrafią powalić gracza jednym ciosem.

Jednak to, co dzieje się po pokonaniu bossa, definiuje całe doświadczenie. W typowej grze pojawiłyby się napisy końcowe i ekran z nagrodami. W Marathon zwycięstwo jest tylko kolejnym etapem. Ponieważ to extraction shootergracze muszą jeszcze bezpiecznie dotrzeć do punktu ewakuacyjnego z całym zdobytym łupem. Świadomość, że dwunastogodzinny wysiłek, jak w przypadku pierwszej grupy, która ukończyła wyzwanie, może przepaść na ostatniej prostej, winduje stawkę na niewyobrażalny poziom.

Powrót do korzeni czy elitystyczna pułapka?

Społeczność zareagowała na Kryptę Kriogeniczną z mieszanką podziwu i trwogi. Weterani chwalą Bungie za powrót do czasów, gdy gry nie bały się stawiać przed graczem niemal niemożliwych wyzwaň. Fani piszą o „wersji Bungie, której myśleli, że już nigdy nie zobaczą”. Jest to bez wątpienia projekt skrojony pod najbardziej zagorzałych i oddanych fanów, którzy pasjonują się mistrzowskim opanowywaniem skomplikowanych systemów.

Pojawiają się jednak uzasadnione pytania o długoterminową przyszłość tego rozwiązania. Balans rozgrywki PvP w ciasnych korytarzach statku zdaje się faworyzować granaty i strzelby, ograniczając różnorodność taktyk. Co więcej, rosnąca przepaść wiedzy między weteranami a nowymi graczami może stworzyć toksyczne i nieprzystępne środowiskoBungie i Sony postawiły na stworzenie bezkompromisowego doświadczenia dla elity. Czas pokaże, czy ta elitarność nie stanie się gwoździem do trumny dla gry, która jako usługa musi przecież przyciągać, a nie odpychać masowego odbiorcę.

Zobacz także: Police Shootout debiutuje na PlayStation 5

Komentarze

Bądź pierwszy i zostaw komentarz!

Dodaj komentarz

0/300