Wstęp
Keychron K15 Max to jedna z tych klawiatur, które na zdjęciach wyglądają jak ciekawostka. To nie jest klasyczny sprzęt dla gracza ani kolejny ładny mechanik. K15 Max celuje w ludzi, którzy dużo piszą, siedzą przy komputerze godzinami i zaczęli zwracać uwagę na to, co dzieje się z nadgarstkami po całym dniu. Układ Alice ma tu zrobić dwie rzeczy naraz: dać bardziej naturalne ułożenie dłoni i nie przestraszyć pełnym splitem, do którego trzeba się przyuczać przez dłuższy czas.

Do tego dochodzi low-profile, czyli niższa konstrukcja z krótszym skokiem i wyraźnie innym feelingiem niż w pełnowymiarowych mechanikach. W teorii to ma być klawiatura, którą da się wrzucić do plecaka, podłączyć do laptopa i nie czuć, że się klika. W praktyce K15 Max jest raczej próbą pogodzenia ergonomii z mobilnością i możliwością customizacji, bo mamy tu tri-mode (2.4 GHz, Bluetooth i kabel), QMK/VIA oraz Keychron Launcher w przeglądarce. Czyli zestaw dla osób, które lubią mieć kontrolę, ale niekoniecznie chcą budować własnego customa od zera.
Zawartość opakowania i pierwsze wrażenie
Keychron potrafi robić porządny sprzęt i tutaj nic się nie zmienia. Pudełko jest solidne, estetyczne, a całość zapakowana tak, jak powinno być w sprzęcie z tej półki, wszystkie dodatki mają swoje miejsce.

W środku znajduje się oczywiście Keychron K15 Max, kabel USB-A do USB-C, odbiornik 2.4 GHz i przedłużacz/adapter, który pomaga ustawić dongla bliżej klawiatury. Są też narzędzia: keycap puller i osobny switch puller oraz podstawowa dokumentacja. I ważna rzecz, która realnie ma sens przy modelu celującym w użytkowników Windows i macOS: zestaw dodatkowych keycapów pod oba układy systemowe.

Pierwsze wrażenie po wyjęciu jest mocno zależne od tego, czego się spodziewało. Jeśli w głowie siedzi obraz ciężkich, pełnowysokich customów, to K15 Max wydaje się zaskakująco lekka i smukła. To w sumie komplement, bo przy 700 gramach i tak czuć, że to nie jest cienki plastikowy keyboard z marketu. Góra z aluminium wizualnie i w dotyku wypada dobrze, dół jest z ABS-u, więc całość jest lżejsza i bardziej mobilna, ale przez to nie ma wrażenia jednorodnego metalowego korpusu.

Od razu widać też dwie rzeczy, które definiują ten model. Pierwsza to układ Alice, czyli charakterystyczne „V” na alfanumerykach i rozdzielenie środka. Druga to floating design: klawisze są bardziej na wierzchu, bez wysokiej ramki dookoła, co wygląda nowocześnie i ułatwia czyszczenie, ale nie każdemu daje to samo poczucie solidności co klasyczna, zamknięta konstrukcja. Do tego dochodzi pokrętło i dodatkowy rząd klawiszy po lewej stronie, które sugerują, że to klawiatura projektowana pod skróty, makra i workflow, a nie tylko pod granie, albo w ogóle nie pod granie.

Jeśli mam to streścić w jednym zdaniu, to unboxing i pierwsze minuty z K15 Max robią wrażenie produktu dopracowanego, ale kierowanego do konkretnej grupy. To nie jest model, który ma spodobać się wszystkim. To sprzęt, który wygląda jak specjalistyczne narzędzie pracy i dokładnie tak się prezentuje.
Układ Alice
Układ Alice w K15 Max jest rozwiązany w sposób dość przystępny: to nie jest pełny split, tylko lekko rozsunięta i skręcona do środka alfanumeryka, ustawiona w kształt V. W teorii oznacza to bardziej naturalny rozstaw dłoni i mniejsze wykręcanie nadgarstków, zwłaszcza gdy ręce i tak układają się na biurku pod kątem. W praktyce ergonomia robi się odczuwalna szczególnie podczas dłuższego pisania.

Nie ma jednak co udawać: pierwsze godziny potrafią być chaotyczne. Najbardziej trudne są okolice środka, bo rozdzielenie klawiszy sprawia, że pamięć mięśniowa płata nam figle. Ten model dodatkowo ma nietypowy rząd makr po lewej stronie, co u części osób będzie powodowało mylenie tych klawiszy z Ctrl albo Shift. Po kilku dniach robi się dużo lepiej, a po około tygodniu układ zaczyna wchodzić w krew, ale ten etap przejściowy jest częścią doświadczenia i może irytować więc warto go mieć z tyłu głowy.

Na szczęście Keychron nie utrudnia życia i daje możliwość remapowania klawiszy, więc nawet jeśli układ fabryczny nam nie leży, da się go dopasować. K15 Max potrafi być bardzo wygodna, ale wygoda nie przychodzi tu natychmiast. Ona się buduje, gdy ręce przestają walczyć z układem i zaczynają go wykorzystywać.
Wykonanie i design
Konstrukcja K15 Max jest niska, front ma niewielką wysokość, a całość wygląda bardzo czysto dzięki konstrukcji floating, bez wysokiej ramki dookoła klawiszy. To rozwiązanie ma praktyczne konsekwencje jak łatwość w utrzymaniu czystości, ale jednocześnie bardziej widać przełączniki i przestrzeń wokół nich.


Materiały są dobrane pod balans między wyglądem a wagą. Górna część z aluminium jest bardzo przyjemna pod palcami i wizualnie, natomiast spód z ABS-u utrzymuje sensowną masę i sprzyja mobilności. Na plus wypadają detale: pokrętło ma porządne wykończenie, wyczuwalny skok i dobrą przyczepność, a przełączniki trybów na tyle są osadzone logicznie i łatwe do obsługi bez odrywania klawiatury od stanowiska.

Ergonomia jest dodatkowo wsparta regulacją kąta. K15 Max ma rozkładane stopki i kilka poziomów nachylenia, co przy niskim profilu ma większe znaczenie niż w pełnowysokich konstrukcjach, bo pozwala dopasować ułożenie nadgarstków bez konieczności używania podkładki. To drobiazg, ale w klawiaturze celującej w komfort długiej pracy jest to element niezbędny.
Keycapy, przełączniki i stabilizatory
Keycapy są w niskim profilu LSA i wykonane z PBT w technologii double-shot. W codziennym użyciu oznacza to, że powierzchnia jest przyjemnie szorstka i nie łapie szybko śliskiego połysku, a legendy pozostają czytelne. Sam profil jest szeroki i stabilny pod palcami, co złapać home row i utrzymać rytm pisania. Dodatkowym plusem są sensownie oznaczone skróty funkcyjne na wybranych klawiszach, dzięki czemu część rzeczy nie wymaga wertowania instrukcji.

W tej wersji przełączniki to Gateron Brown 2.0 Low Profile, czyli niskoprofilowe taktyle. Trzeba je czytać bardziej jako delikatnie zarysowaną sprężystość niż klasyczny, wyraźny bump znany z klasycznych brownów. Dla części osób to będzie zaleta, bo daje delikatną informację zwrotną bez hałasu. Niskoprofilowy skok sam w sobie sprzyja szybkiemu pisaniu i pracy biurowej, natomiast charakter brzmienia jest bardziej stonowany i krótki niż w klasycznych mechanikach. W polskiej dystrybucji jest również dostępna wersja z czerwonymi przełącznikami.
Warto też dodać, że hot-swap działa, ale w praktyce wyciąganie switchy z tej konstrukcji potrafi iść dość ciężko, a producent nie dorzuca zapasowych przełączników na podmianę awaryjną. Do tego wymiana dotyczy wyłącznie switchy kompatybilnych z tym niskoprofilowym standardem.


Przesmarowane stabilizatory w K15 Max wypadają zaskakująco dobrze jak na segment low-profile. Duże klawisze pracują równo, bez wyraźnego grzechotania, a podzielona spacja pomaga utrzymać kontrolę nad dźwiękiem i redukuje typowe problemy długiego stabilizowanego klawisza.
RGB w K15 Max jest zrobione raczej pod estetykę niż pod praktyczne zastosowanie. Smukła konstrukcja i floating design sprawiają, że światło ładnie rozlewa się wokół przełączników i po bokach klawiszy, więc wieczorem wygląda to po prostu ładnie. Trzeba jednak pamiętać, że fabryczne keycapy nie przepuszczają światła przez legendy.

Łączność i bateria
K15 Max działa w trzech trybach: przewodowo po USB-C, bezprzewodowo po 2.4 GHz i przez Bluetooth. Z tyłu znajdują się fizyczne przełączniki trybów i profilu systemowego, więc nie trzeba przeklikiwać się skrótami, żeby zmienić środowisko. Odpada też ryzyko przypadkowego przełączenia tryby.

Bateria ma 2000 mAh i przy tym profilu klawiatury to działa lepiej, niż mogłaby sugerować sama liczba. Producent deklaruje do 95 godzin bez podświetlenia i około 50 godzin z podświetleniem przy niskiej jasności w trybie bezprzewodowym – realnie oznacza to sporo dni normalnego używania, a przy oszczędnym RGB nawet tygodnie bez sięgania po kabel. Na plus wypada też sam sposób komunikowania stanu baterii bo poziom naładowania da się podejrzeć skrótem (klawiatura pokazujw procent w formie podświetlenia na rzędzie cyfr).
Oprogramowanie
Keychron K15 Max korzysta z QMK i dodatkowo wspiera Keychron Launcher, czyli konfigurator w przeglądarce. Z poziomu softu da się ogarnąć mapowanie klawiszy, warstwy, makra i zachowanie pokrętła, czyli dokładnie to, po co kupuje się model z Alice i dodatkowym rzędem klawiszy po lewej stronie. To jest sprzęt, który naprawdę zyskuje, kiedy ustawi się go pod własny styl pracy i w tym sensie oprogramowanie jest elementem wymaganym a nie tylko dodatkiem.



Są jednak dwie praktyczne uwagi. Po pierwsze, konfiguracja wymaga połączenia przewodowego, więc personalizacja nie odbywa się w pełni bezprzewodowo. Po drugie, aktualizacje firmware potrafią być mniej intuicyjne niż w typowych aplikacjach konsumenckich.
Dla graczy
Mimo że K15 Max jest projektowana mocno pod produktywność i ergonomię, gamingowo nie wypada źle. Polling rate 1000 Hz w trybie przewodowym i 2.4 GHz daje responsywność, która w praktyce nie odstaje od typowych klawiatur gamingowych, a N-key rollover i brak problemów z ghostingiem też robią swoje. Niski profil przełączników pomaga w szybszych akcjach, bo skok jest krótszy, a palce mniej wędrują w pionie.

Trzeba tylko pamiętać o charakterze Alice. To nie jest format, który każdemu od razu siądzie pod FPS-y czy dynamiczne tytuły, bo środek jest rozdzielony, a przyzwyczajenia mogą przez pierwsze dni powodować więcej pomyłek. Zdecydowanie nie jest to model żeby zagrać a nim mecz o awans. Druga rzecz to dodatkowy rząd klawiszy po lewej stronie, świetny pod makra i skróty, ale w grach bywa przypadkowo wciskany, zanim palce nauczą się nowej krawędzi klawiatury. Dla osób, które lubią mieć makra i skróty pod ręką, to może być duży plus, tylko wymaga świadomego ustawienia mapowania.
Podsumowanie
Keychron K15 Max to klawiatura, która ma sens wtedy, gdy priorytetem jest wygoda i ergonomia. Układ Alice potrafi realnie odciążyć nadgarstki i ramiona, ale wymaga chwili adaptacji i nie każdy będzie chciał w to wchodzić. Do tego dochodzi forma low-profile: jest szybka, schludna i mobilna, ale brzmieniowo nie daje tego samego feelingu co klasyczne mechaniki. Mimo to całość jest przemyślana, praktyczna i nastawiona na codzienną pracę, skróty, makra i porządek na biurku.

Cena 579 zł jest wysoka jak na klawiaturę i pewnie dla wielu będzie psychologiczną barierą. Z drugiej strony, w tej kategorii płaci się właśnie za komfort a ten przy długich godzinach pisania potrafi być bezcenny. Jeśli chodzi bardziej o ciekawość i chęć sprawdzenia nietypowej konstrukcji, to jest to jedna z bezpieczniejszych, dopracowanych opcji.
- + ergonomiczny układ Alice
- + niski profil i wygodny kąt pracy
- + QMK + Launcher
- + tri-mode
- + solidne stabilizatory
- + przyjemnie kultura pracy
- – wymaga czasu na adaptację
- – cena
- – oporny hot-swap
