Pearl Abyss przez lata było synonimem jednego tytułu. Black Desert Online, masowego MMO, które pochłonęło miliony godzin graczy na całym świecie. Kiedy studio zapowiedziało Crimson Desert jako swoją pierwszą grę single player, branża wstrzymała oddech. Pięć lat produkcji, silnik BlackSpace zbudowany od podstaw, odejście od modelu MMO na rzecz fabularnego doświadczenia dla jednego gracza. To był zakład o wszystko. Nie chwyt marketingowy, lecz autentyczna transformacja studia, która mogła otworzyć nowy rozdział w jego historii albo zakończyć się spektakularnym upadkiem.
Crimson Desert to przygodowa gra akcji z otwartym światem na PC, PlayStation 5 oraz Xbox Series X|S. Gra zabiera nas do krainy Pywel, mrocznego i rozległego fantasy świata bez ani jednego ekranu ładowania, gdzie wcielamy się w Kliffa, przedstawiciela klanu Szaroogrzywych. To gra z prawdziwymi ambicjami: setki godzin contentu, walka inspirowana najlepszymi z gatunku i ogromny świat, które potrafią powalić na kolana.
Czy Pearl Abyss dostarczyło obiecany przełom? W połowie tak. I właśnie ta połowiczność najbardziej boli.

Fabuła i świat gry
Pywel to kraina, w której chciałoby się zgubić. Dosłownie. Od pierwszych minut gra ukazuje biomy tak zróżnicowane, że ciężko uwierzyć, iż to wszystko jedna, nieprzerwana podróż po mapie. Tu sucha, spękana pustynia, tam gęsty las, z którego wyłaniają się ruiny zatopione we mgle, dalej mechaniczne miasto przypominające steampunkowy zegar, a jeszcze dalej unoszące się w powietrzu fragmenty dawnej cywilizacji. Dynamiczna pogoda i cykl dnia i nocy robią swoje. Wchodzisz na wzgórze o świcie i przez chwilę po prostu stoisz, patrząc jak słońce znika za horyzont.

W tym świecie żyje Kliff, dowódca klanu najemników zwanego Szaroogrzywymi. Charyzmatyczny wojownik z ciemną przeszłością i jak się okazuje jeszcze ciemniejszą przyszłością. Kiedy na klan uderza wroga frakcja Czarnych Niedźwiedzi, Kliff zostaje ciężko ranny i trafia do mistycznego miejsca zwanego Otchłanią. Wychodzi z niej odmieniony, z nadnaturalnymi zdolnościami, które z czasem okażą się kluczem do przetrwania. Cel jest jeden: odnaleźć rozproszonych braci, odbudować klan i rozliczyć się z tymi, którzy to wszystko zaczęli.
Historia opowiadana jest przez cutscenki, dialogi i environmental storytelling: napisy na murach, opuszczone obozy, zwłoki z listami przy pasie. Ten ostatni element działa świetnie. Kliff to postać tuż o krok od niemego protagonisty. Reaguje na świat, ale rzadko wnosi coś własnego. Fabuła główna potrafi nagle skakać między wątkami w sposób, który przypomina bardziej patchwork niż spójną narrację.
A jednak jest coś, co trzyma przy ekranie przez te wszystkie godziny. To emocjonalna oś gry: Szaroogrzywi. Kolejni odnajdywani towarzysze, ich małe historie, chwile przy ognisku w obozie. To tutaj gra zbliża się duchem do Red Dead Redemption 2, nawet jeśli nie dorównuje mu skalą emocji.

Jeśli grałeś w Dragon’s Dogma 2 i marzyłeś o czymś z podobnym ciężarem walk, ale w większym, bardziej rozbudowanym świecie, Crimson Desert będzie dla Ciebie bardzo znajome. Klimatem mroku i brudu przypomina też miejscami Wiedźmina 1, choć bez tej samej głębi narracyjnej.
Świat Pywel jest najlepszym, co ma do zaoferowania Crimson Desert. Fabuła to łódź z kilkoma dziurami. Płynie, ale chwilami mocno nabiera wody.
Rozgrywka
Crimson Desert to gra, przy której skala robi wrażenie od pierwszych minut i nie przestaje zaskakiwać. Pearl Abyss wzięło DNA Black Desert Online (masywny otwarty świat, dziesiątki systemów, setki godzin contentu) i spróbowało z tego stworzyć pełnoprawną grę akcji dla jednego gracza. Efekt? Gra, która potrafi wciągnąć na długie godziny, ale równie często przypomina, że jej twórcy wywodzą się z gier MMO.

System walki
Walka w Crimson Desert to chaos. Ale chaos zamierzony i przez większość czasu, satysfakcjonujący. Kliff dysponuje trzema równolegle rozwijanymi drzewkami umiejętności: walka wręcz, zdolności dystansowe i moce Otchłani, czyli magiczne zdolności zasilane duchową energią. Do tego dochodzą chwyty zapaśnicze, możliwość wspinania się po gigantycznych przeciwnikach rodem z Dragon’s Dogma 2 i magiczna rękawica pozwalająca przesuwać elementy otoczenia.

W praktyce masz do opanowania ponad dwanaście przycisków, a w środku starcia z bossem łatwo o panikę i wciskanie wszystkiego naraz. Progresja jest jednak czytelna: zaczynasz od prostych kombinacji, z czasem odblokowujesz bardziej widowiskowe finishery i płynniejsze łączenie ataków. Walka ewoluuje razem z Tobą i po kilkudziesięciu godzinach jedynie zyskuje. Grupy zwykłych wrogów to najlepsza część. AI okrąża Cię, koordynuje ataki, nie stoi w kolejce do bicia. Takich starć można zagrać dziesiątki i nie czuć znudzenia.

Problem zaczyna się przy bossach. Są efektowni i wymagają kreatywności: wykorzystania terenu, momentów słabości, konkretnych zestawów umiejętności. Ale areny są restrykcyjnie małe, granice widoczne i irytujące, a poziomu trudności nie można zmienić. Healing działa wyłącznie przez jedzenie, więc musisz gotować, farmić składniki albo kupować prowiant. To system, przy którym umierasz po raz dziesiąty nie z braku umiejętności, ale dlatego że skończyły Ci się zapasy.
Eksploracja i struktura świata
Świat Pywel jest gigantyczny i renderowany jako jedna lokacja bez ekranów ładowania. Z każdego wyższego punktu widzisz dosłownie wszystko: szczyty gór, wioski, ruiny bunkrów, zamglone doliny. Minimalistyczny tutorial rzuca Cię w ten świat od razu i przez pierwsze kilkanaście godzin samo odkrywanie wystarczy żeby wciągnąć i utrzymać motywację do grania. Wierzchowiec jest responsywny, przemierzanie mapy jest przyjemne. Do tego parkour pozwalający wspiąć się niemal wszędzie (ograniczony paskiem staminy) i magiczne skrzydła do amortyzowania upadków. Poruszanie się po świecie po prostu działa.

Problem leży w organizacji tej przestrzeni. Punkty szybkiej podróży trzeba najpierw odkryć i odblokować przez rozwiązanie zagadki, a rozmieszczone są fatalnie. Między misją a misją regularnie spędzasz 20-30 minut na koniu.
Misje główne stoją wyraźnie wyżej od pobocznych. Mają elementy śledztwa, ciekawe zagadki, momenty, które uzasadniają przemierzenie kolejnego kawałka mapy. Poboczne to w dużej mierze schematy: przynieś, zabij, porozmawiaj. Aż chciałoby się tu jakości Wiedźmina 3. Oczyszczanie baz, czyli mechanika polegająca na eksterminacji identycznych grup wrogów, szybko zamienia się w żmudny obowiązek.

Najlepsze momenty? Te spokojne, między questami. Nagle za pagórkiem natykasz się na coś, czego nie spodziewałeś się znaleźć. Wchodzisz do ruin bez żadnej zapowiedzi i spotykasz mini-bossa, który otwiera zupełnie nową gałąź umiejętności. Świat jest pełen takich niespodzianek i aż chciałoby się, żeby ich było jeszcze więcej, a wypełniacza mniej.
Aktywności i systemy poboczne
Pearl Abyss wrzuciło do Crimson Desert masę dodatkowych systemów. Widać tu korzenie studia w MMO: gra oferuje dziesiątki pobocznych aktywności, od craftingu i gotowania, przez zarządzanie bazą, po minigry rozsiane po całym świecie. Ilość contentu jest oszałamiająca, ale nie każdy element jest dopracowany na tym samym poziomie. Crafting i gotowanie są niezbędne, bo healing działa wyłącznie przez jedzenie. Angażujesz się w nie z konieczności, nie z przyjemności, choć sam system jest czytelny i nie przytłacza.

Oprawa audiowizualna
Kiedy burza przechodzi nad równinami Pywel, a pioruny oświetlają ruiny starej twierdzy na tle chmur, które dosłownie bulgoczą nad horyzontem, rozumiesz, że Pearl Abyss zbudowało coś wyjątkowego. Własny silnik BlackSpace Engine robi tu robotę, której nie powstydziłyby się najdroższe produkcje AAA. Cały świat ładuje się jako jedna, nieprzerwana lokacja. Żadnych ekranów ładowania, żadnych sztucznych granic. Przechodzisz z gęstego lasu przez bagniste tereny, wchodzisz do mechanicznego miasta pełnego przekładni i pary, a potem wspinasz się na unoszące się ruiny. I wszystko to bez jednego czarnego ekranu. Nie do podrobienia.

Efekty wolumetryczne, dynamiczna pogoda, zmienne pory dnia. To nie jest tapeta. Poranna mgła rzeczywiście utrudnia widoczność, deszcz tworzy błoto po którym zostają ślady, roślinność ugina się od wiatru. Oświetlenie działa na korzyść nastroju: ciemne, mroczne średniowiecze z elementami fantasy, gdzie magia nigdy nie wygląda tanio. Ray Tracing dostępny bez znaczącego spadku klatek, DLSS 4.5 robi swoje.
Ale jest jeden problem, który potrafi wytrącić z immersji: twarze. Bohaterowie w cutscenkach stoją i patrzą na siebie z mimiką manekina. Walka wygląda brutalnie i płynnie: finishery, krew, ragdoll. Wszystko gra. Poza walką? Drewno. Animacje NPC są powtarzalne, choć przynajmniej żyją harmonogramami i robią swoje przez cały dzień.
HUD jest czytelny i nie zaśmieca ekranu, ale koło wyboru broni wymaga chwili oswajania, szczególnie w środku gorącej walki. Brak prawdziwego schowka na ekwipunek i konieczność chowania broni przy aktywacji przedmiotów to decyzje projektowe, które aż chciałoby się odwrócić.
Muzyka trzyma klimat przez całą grę. Spokojnie tli się podczas eksploracji, eskaluje do pełnej orkiestry w bossowych starciach. Nie jest to ścieżka, którą puszczasz poza grą, ale w grze robi dokładnie to co powinna. Efekty dźwiękowe otoczenia zasługują na osobne wyróżnienie: szum wiatru, odgłosy odległych wiosek, zwierzęta w lesie. Immersja przez uszy działa tu lepiej niż w niejednym tytule AAA.
Angielski dubbing jest solidny. Nawet trzecioplanowi NPC brzmią dobrze. Polskie napisy dostępne w dniu premiery, polskiego dubbingu brak.
Strona techniczna
Na PC Crimson Desert stoi stabilnie i to jest dobra wiadomość, bo silnik BlackSpace renderuje masę rzeczy naraz. Brak poważnych problemów ze stutterami, co przy otwartym świecie bez loading screenów jest prawdziwym osiągnięciem.
Rzeczywistość sprzętowa jest jednak wymagająca. Bez technologii upscalingu typu DLSS lub FSR gra potrafi sprawiać problemy nawet na kartach ze średniej półki. Włączenie DLSS 4.5 zmienia sytuację diametralnie i przywraca komfort gry w wyższych rozdzielczościach. Na starszym sprzęcie, przy 1080p i niskich ustawieniach, gra też daje radę. Nie jest to tytuł wymagający wymiany całego komputera, ale mocny procesor i co najmniej 16 GB RAM to absolutne minimum.
Bugi są, ale nie są katastrofą. Zdarzają się NPC, którzy znikają w powietrzu, czy drobne glitche w fizyce obiektów. Sporadyczne crashe do pulpitu. Nic, co psułoby sesję permanentnie, ale „stabilny” to nie to samo co „dopracowany”.
Stan na premierę: grywalny, bez gamebreaking bugów, ale z widocznymi niedoróbkami. Pearl Abyss ma historię wspierania swoich gier przez lata. Biorąc pod uwagę Black Desert Online, jest duże prawdopodobieństwo, że łatki przyjdą szybko i będą kontynuowane w przyszłości.
Dla kogo jest ta gra?
Zagraj jeśli:
- Kochasz otwarte światy i potrafisz spędzić godziny na eksploracji dla samej przyjemności odkrywania
- Grałeś w Black Desert Online i chcesz zobaczyć, co Pearl Abyss potrafi w trybie single-player
- Satysfakcjonuje Cię walka, która wymaga skupienia i opanowania kilkunastu umiejętności i nie masz nic przeciwko powtarzaniu bossa
Poszukaj czegoś innego jeśli:
- Fabuła jest dla Ciebie fundamentem. Kliff nie jest drugim Geraltem, a historia nie dostarczy niesamowitych emocji
- Grind i setki godzin systemów, które nie do końca ze sobą współgrają jest dla Ciebie problemem
- Oczekujesz gry, która nie frustruje brakiem poziomu trudności i powtarzaniem tych samych sekwencji
Podsumowanie
Crimson Desert to bardzo ambitna i jednocześnie nierówna gra. Potrafi zachwycić i rozczarować.
Pearl Abyss zrobiło trzy rzeczy lepiej niż większość konkurencji: stworzyło otwarty świat, po którym po prostu chcesz się włóczyć; zaprojektowało walkę, która ewoluuje razem z graczem i daje satysfakcję trudną do zastąpienia oraz dostarczyło oprawę wizualną, przy której zatrzymujesz się tylko po to, żeby zrobić zrzut ekranu. To nie są rzeczy, które pojawiają się przypadkiem. To rzemiosło.
Największa słabość jest jednak równie wyraźna: gra nie wie, kiedy przestać. System za systemem, mechaniką za mechaniką, godziną za godziną. Crimson Desert próbuje być wszystkim jednocześnie i przez to nie jest w pełni niczym. Fabuła jest pretekstem, nie powodem. Kliff to szkielet postaci, nie postać.
Pearl Abyss przez lata udowodniło, że słucha graczy i łata swoje gry. Black Desert Online jest dziś zupełnie inną grą niż przy premierze. Kolejne miesiące powinny przynieść optymalizację trudności, poprawki UI i może coś więcej. Fundament jest solidny.
Czy warto? Warto, jeśli wiesz, w co wchodzisz. To nie Wiedźmin 3. To nie Elden Ring. To Pearl Abyss robiące swój pierwszy krok w single-playerze i robiące go z rozmachem, którego nie da się zignorować.
Crimson Desert zostaje w głowie. Nie za fabułę. Za świat.
Grę możesz zakupić w wersji pudełkowej tutaj.
- + Otwarty świat: gęsty, piękny, pełen tajemnic
- + Walka ewoluuje i nagradza opanowanie jej głębi
- + Grafika na bardzo wysokim poziomie
- + Bossowie
- – Fabuła płytka, Kliff pozbawiony charakteru
- – Za dużo systemów naraz
- – Brak poziomów trudności i fatalny system szybkiej podróży
- – Misje poboczne dalekie od standardu gatunku


Komentarze
Bądź pierwszy i zostaw komentarz!