Adaptacja filmowa Bloodborne to policzek dla graczy PC. Sony wybrało YouTube zamiast portu.

Bloodborne
Zobacz także: Gdzie znaleźć paliwo w Resident Evil Requiem? – Poradnik

Wiadomość o nadchodzącej adaptacji Bloodborne spadła na graczy niczym bestia z koszmaru. Sony Pictures potwierdziło, że mroczny świat Yharnam trafi na ekrany. Będzie to pełnometrażowa animacja z kategorią wiekową R. Decyzja ta jest odważna i obiecująca. Jednak w cieniu tej ekscytacji kryje się gorzka prawda. Adaptacja filmowa Bloodborne to kolejny dowód, że Sony woli monetyzować markę w każdy możliwy sposób, byle tylko nie dać graczom tego, o co proszą od lat – portu na PC.

Krew, gotyk i youtuber. Anatomia bolesnej obietnicy

Wybór animacji jako medium wydaje się strzałem w dziesiątkę. Realizm live-action mógłby zabić unikalny, lovecraftowski klimat gry. Animacja pozwala na pełną swobodę w kreowaniu groteskowych potworów i gotyckiej architektury Yharnam, co dla graczy PC jest słodko-gorzką obietnicą – zobaczą świat, którego pragną, ale wciąż nie będą mogli go eksplorować. Kategoria R gwarantuje z kolei, że twórcy nie będą musieli łagodzić brutalności, która jest integralną częścią tego świata. To decyzje projektowe na papierze godne pochwały, lecz podszyte bolesną dla wielu ironią.

Zaangażowanie youtubera z ponad 30 milionami subskrybentów to genialne posunięcie marketingowe. Jego seria z Bloodborne ma miliony wyświetleń. Nikt nie odbiera mu pasji do tego tytułu. Jednak pojawia się fundamentalne pytanie o kompetencje. Czy bycie fanem i twórcą internetowym wystarczy, by współtworzyć adaptację jednego z najważniejszych dzieł w historii gier? To ryzykowny eksperyment, w którym autentyczna miłość do gry zderza się z twardą logiką biznesową. Czas pokaże, czy McLoughlin będzie strażnikiem wierności oryginałowi, czy tylko twarzą projektu.

Adaptacja filmowa Bloodborne jako symbol strategii Sony

Filmowa ofensywa Sony trwa w najlepsze. Po sukcesie serialu The Last of Us i zapowiedziach God of War czy Death Stranding, sięgnięcie po Bloodborne jest naturalnym krokiem. Koncern rozumie, że jego marki mają potężny potencjał wykraczający poza konsole. Problem w tym, że ta strategia coraz częściej wygląda na substytut, a nie uzupełnienie oferty dla graczy. Zamiast udostępnić grę szerszej publiczności na PC, firma oferuje jej filmową namiastkę. To tak, jakby komuś proszącemu o wodę podać obraz przedstawiający szklankę wody.

Ta decyzja staje się jeszcze bardziej bolesna w świetle doniesień o rzekomym wycofywaniu się Sony z polityki wydawania swoich hitów na komputery osobiste. Każdy taki filmowy projekt, choć sam w sobie ciekawy, jest dla milionów graczy PC przypomnieniem o szklanym suficie ekosystemu PlayStation. Sony woli zainwestować w film, by przyciągnąć do marki nowych fanów, którzy być może kupią konsolę, niż zaspokoić potrzeby obecnych. W tej sytuacji rosnąca popularność emulacji nie jest piractwem, a aktem desperacji. Staje się jedynym sposobem na doświadczenie arcydzieła, którego strażnik woli pokazywać je w kinie, niż pozwolić w nie zagrać.

Zobacz także: Przełomowa aktualizacja Civilization 7: Powrót do korzeni w „Test of Time”

Komentarze

Bądź pierwszy i zostaw komentarz!

Dodaj komentarz

0/300